Tu znajdziesz oprócz moich wędkarskich przygód, informacje o tym co się dzieje w moim warsztacie oraz nad czym aktualnie pracuje.

    Pierwszy wpis na blogu chce poświęcić historii dla mnie bardzo osobistej i wyjątkowej. Uwielbiam wszelkie spotkania z przedstawicielami dzikiej fauny. A ta dotyczyć będzie pewnej myszki. U większości kobiet widok myszy wzbudza lęk i obrzydzenie, ja należę do tej mniejszości, która widzi w nich piękne boskie włochate istotki. A że są szare, no cóż, nie każdy musi być kolorowym ptakiem.
   Pewnego wrześniowego popołudnia, wybrałam się z muchówką nad moją tajną rzeczkę z zamiarem połowu na suchą muszkę kleni.
Rzeczka, maleńka może 3-4 m szerokości, dość mocno zakrzaczona niby płytka, że można swobodnie brodzić, ale są i dołki po 2 m. W zasadzie wielu wędkarzy powiedziałoby, że to nie jest rzeka „muchowa”.
Ryby bardzo czujne i płochliwe, dlatego łowię tam na suchą muchę.
Wielokrotnie łowiłam tam klenie i jazie, które czekały na spływające powierzchnią owadzie delikatesy.
Poruszałam się w górę rzeki, łowiąc na imitację chruścika. Przejrzystość wody oraz jej niski stan zmusił klenie i jazie do schowania się w dołkach przy brzegu rzeczki. Bezpiecznie skryte obserwowały bacznie to, co niesie nurt wody nawet na bardzo płytkiej wodzie. Każdy chrząszcz, larwa, czy  kawałek suchego listka wzbudzał zainteresowanie do tego stopnia, że nawet duże ryby wypływały, by obejrzeć z bliska czy to coś nadaje się na przekąskę. 

Idylla popołudnia przeplatana była tylko holami sporych kleni i jazi, cieszyłam się, że nikt i nic mi nie przeszkadzało. Tę ciszę i spokój przerwały jednak dźwięki dochodzące z krzaków na brzegu. Szmer i szelest listowia, wzbudziły me zainteresowanie i skierowałam swój wzrok w tamto miejsce.
Z przybrzeżnej trawy, wyłoniła się maleńka zdyszana myszka, która biegiem wskoczyła do wody i zaczęła płynąć prosto w moją stronę. Widywałam już płynące myszy, przeważnie jednak unikały one bliskiego kontaktu z człowiekiem nawet w wodzie. Chwilę obserwowałam szarą istotkę jak macha łapkami gdy moją uwagę przykuło, coś białego, co pojawiło się w miejscu, skąd skakała ta mała pływaczka.

     To był piękny biały gronostaj, który stanął jak słup soli, wlepiając we mnie swoje czerwone oczka.
Zerkał to na mnie to na myszkę i oceniał sytuację. Bystry wzrok tego cudownego małego drapieżcy, wydawał się wyrażać co najmniej niezadowolenie, że ktoś śmiał przeszkodzić mu w pogoni za jego przyszłą zdobyczą.
W tym samym czasie myszka próbowała przepłynąć na drugi brzeg.
Stałam jak zamurowana, nie wiedząc, na co mam się patrzeć czy na myszkę, czy na gronostaja.
Nie wyobrażasz sobie, jakie było moje zdziwienie, gdy do całego tego spektaklu dołączyły jeszcze cztery duże ryby, bo w miejscu, w którym wskoczyła do wody, był dołek z kleniami.
Jedna z nich po kilku sekundach była już tuż za myszką.
Wyraźnie widziałam, jak kleń otwierał pyszczek z zamiarem zassania mysiego ogona. Myszka z duszą na ramieniu (o ile one je oczywiście posiadają) przebierała rozpaczliwie łapkami w tempie iście olimpijskim.

       Nie wytrzymałam. Wykonałam kilka energicznych machnięć rękoma. Klenie płetwami ogonowymi wzburzyły wodę i z chlupotem  czmychnęły do swoich kryjówek.
Gronostaj przestał robić dziwną minę i wzorem kleni, pokazał mi tylko swoje tyły, chowając się w trawie.
Tylko myszka, bardzo już wyczerpana, powolutku, ale za to już bezpiecznie dopłynęła do skraju rzeczki. Wdrapała się na patyk, chwilę odpoczywała, łapczywie chwytając powietrze. Zerkała na mnie jeszcze przez dłuższą chwilę, aż w końcu pobiegła w las.
A ja uzmysłowiłam sobie, jak ciężko jest być szarą małą myszką w świecie drapieżników, nawet jeżeli są to tylko klenie i królewski gronostaj.